Album Review: Lil Wayne’s 'Tha Carter V’

Carter V Review
Courtesy of Young Money/Republic Records

Długo opóźniany zestaw jest świeży, frenetyczny i przepełniony gościnnymi występami Kendricka Lamara, Nicki Minaj, Snoopa i zmarłego XXXTentacion.

Nie da się oddzielić długo opóźnianego „Tha Carter V” Lil Wayne’a od torturującej historii, która się za nim kryje: Pozornie niekończąca się bitwa prawna z Birdmanem, jego mentorem i szefem wytwórni Cash Money (rodzinna waśń, którą raper w końcu wygrał w czerwcu); pięć lat przegapionych i przesuniętych dat wydania; nawet wyścig na listy przebojów z „Yandhi” Kanye Westa, który wyskoczył w ciągu ostatnich kilku dni. Od czasu „Carter IV” z 2011 roku pojawiło się mnóstwo występów Wayne’a: kolaboracyjne albumy z 2 Chainzem (2016 „ColleGrove”) i T-Painem (2017 „T-Wayne”), naładowane prometazyną solowe albumy, takie jak „I Am Not a Human Being II” (2013) i debiut Rich Ganga pod własnym tytułem (2013), a także kilka mixtape’ów. Ale żaden z nich nie miał lirycznego ukąszenia, rytmicznego dudnienia i sonicznej napiętości serii „Tha Carter” Wayne’a.

Z niespełnioną obietnicą „V” wiszącą nad wszystkimi tymi wydaniami, to całkiem dużo ssało bycie hardkorowym fanem Weezy’ego od 2011 roku. Po tym wszystkim, jak Vin Diesel i „Fast & Furious”, „Tha Carter” franczyza jest gdzie Wayne jest naprawdę w domu: Luźny, ale ciasny, wyniosle żrący i ponury, ale także komiczny, i tnący prosto do kości.

Więc czy wszystko jest wybaczone teraz, gdy „V” w końcu przybył, uruchomiony w bardzo innym świecie niż ten z 2013 roku, który był pierwotnie zaplanowany na jego wydanie? Co to będzie oznaczać dla raperów z mumble i SoundCloud oraz pokolenia wychowanego na byłym protegowanym Weezy’ego, Drake’u? (Co dziwne, Drizzy nie ma swojego wkładu w żaden z 23 utworów na „V”, chociaż Kendrick Lamar, Snoop Dogg, XXXTentacion, Nicki Minaj i Travis Scott, między innymi, to robią.)

Dobra wiadomość: Muzycznie, pomimo wieku niektórych piosenek, „V” jest świeży, rumiany, a nawet frenetyczny w niektórych momentach, z chrupaniem południowego trapu i linowych rap-rockowych dźwięków, które Wayne całkiem dużo zaczął w pierwszej kolejności. Chociaż w tej grupie utworów brakuje podobno sesji Post Malone’a z ostatniej chwili, utwory od Travisa Scotta i XXXTentacion pomagają sprawić, że „V” mruczy i kopie, a mocno aututuned Wayne śpiewa na delikatnym „What About Me”. Aby usłyszeć Wayne’a cackle out the lines „I see death around the corner/ And the U-turn sign’s lookin’ like a smile,” po XXXTentacion’s haunting chorus na szczycie „Don’t Cry,” stawia śmiertelność na pierwszym planie tego albumu.

I rzeczywiście, „V”, z gościnnymi spotami matki Wayne’a (na otwierającym utworze „I Love You Dwayne,” wypowiedzianym bezpośrednio do niego) i jego córki, „V” ma poruszającą emocjonalną krawędź, której brakowało nawet niektórym z najzimniejszych momentów Wayne’a na poprzednich „Carterach”. W kosmicznym „Dark Side of the Moon” śpiewający Wayne i Nicki Minaj stają się jednocześnie dziwni i romantyczni. Nie ma braggadocio być znalezione na rugged „Let It Fly,” gdzie on i Scott stawka ich roszczeń na kto rządzi planety rapu – chociaż kiedy Wayne spits, „I’m revived, it’s C5/ Been arrived, kiss the sky, did the time/ Please advise it is advise or be advised, and we advise/ You not f- z me and mine,” można odnieść wrażenie, że ma własne zdanie.

Więzi rodzinne trwają, gdy córka Weezy’ego, Reginae, śpiewa delikatnie upiorny refren na „Famous”, gdy tata bierze długie spojrzenie w lustro, odnosząc się do Notoriousa B.I.G. w procesie: „All I ever wanted was everybody’s attention/ 'Cause most people are nobody ’til somebody kill ’em/ Probably thought that my career, be short and sweet/ Wishin’ I was in your shoes, I’d take them off and find a beach.”

I jeśli „Open Letter” dowodzi jego gotowości do dzielenia się swoimi niepewnościami, a „Can’t Be Broken” mówi o znalezieniu siły, aby pozostać silnym i kontynuować, dramatyczny finał albumu – „Let It All Work Out,” z nawiedzającą próbką Samphy – pokazuje Wayne’a w jego najbardziej wrażliwym i złamanym sercu. Szczerze opowiadając o próbie samobójczej z dzieciństwa („Znalazłem pistolet mojej mamy tam, gdzie zawsze go chowała/ Rozpłakałem się, przyłożyłem go do głowy i pomyślałem o tym”), Wayne maluje dramatyczny portret rozpadu, ale i ponownego połączenia się, z Bożą pomocą.

Więcej niż jakikolwiek „Carter” przed tym, Lil Wayne stworzył „V”, aby być podróżą od tyłu do przodu, gdzie święte i świętoszkowate spotykają się, z jego mamą, córką, muzycznymi wpływami, współczesnymi i potomstwem spotykają się na albumie, który w ciągu pięciu lat od jego pierwotnie planowanej premiery, ma jedną z najdłuższych historii w historii hip-hopu – i nawet kończy się na wznoszącej nucie. I to jest chyba największa niespodzianka: Długa saga „The Carter V” faktycznie ma szczęśliwe zakończenie.

WIĘKSZA ZAWARTOŚĆ MUZYKI:

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.